Rok 2008
Rok 2008 upłynął w duchu realizacji zadań postawionych sobie w 2007 roku. Po pierwsze - założenie instalacji wodnej, po drugie - potrzebnych było więcej boksów, po trzecie - konieczna była modernizacja rok wcześniej wykonanych prowizorycznych boksów w stajniach, po czwarte - konieczne było doogrodzenie nowych pastwisk i poprawa tych zeszłorocznych, po piąte - dachy wymagały ogromnej ilości łatania, ciekły wszędzie, gdzie tylko było to możliwe, po szóste - z powodu bliskości ruchliwej ulicy należało postawić takie ogrodzenie, które w bezpieczny sposób chroniłoby konie, po siódme - jeżeli chcieliśmy przyjmować wolontariuszy, musieliśmy poprawić im warunki ich bytowania w Tarze.


Punkt pierwszy - wykonaliśmy niestety tylko, albo i aż w 80 procentach. Udało się wreszcie wynająć koparkę, hydraulików i podłączyć wodę do wszystkich budynków. Teren Fundacji usiany był rowami niby okopami, a w każdym z nich umieszczony został niebieski przewód z wodą. Hydrofor stanął w miejscu starej hydroforni. Został uruchomiony i z kranów pociekła woda. Niby zwykła woda, ale jakże to wielkie odciążenie, że nie trzeba było już godzinami ciągać węży, a odcięcie wody polegało na zamknięciu kranu, a nie wiecznym bieganiu do wyłącznika przy studni. Niestety, nie założyliśmy, tak jak marzyliśmy, poideł automatycznych - zwyczajnie nie było nas na nie stać.




Punkt drugi – to wyzwanie do tej pory wspominane jest w Tarze przez wolontariuszy, jako jedna z najlepiej zorganizowanych akcji. Stajnia Suska dostała taką, gdyż większość wolontariuszy, a może nie wolontariuszy, tylko Przyjaciół Tary, która ją budowała, pochodziła z miejscowości Sucha Beskidzka. Budowę rozpoczęliśmy od wymierzenia boksów i usunięcia niewielkich, ale solidnie zbudowanych koryt paszowych. Następnym krokiem był zakup drewna budowlanego, w tym konkretnym przypadku dużych słupów o przekroju kwadratowym, i prasowanych płyt grubo-wiórowych. Narzędzia były, ludzie byli, pusty budynek był, należało czym prędzej rozpocząć pracę. Przez dwa tygodnie słychać było młotki, szlifierki, młoty udarowe, piły spalinowe, wszędzie unosił się zapach ciętego drewna, przeplatający się z zapachem spawania. Przez te dwa tygodnie, od rana do wieczora, wnętrze stajni brzmiało i wyglądało niczym fabryka. Pośród wielu litrów potu, ogromnej dozy radości powstały 24 duże boksy. Zrobiona własnymi rękoma, powstała nowa stajnia – Stajnia Suska. Całe przedsięwzięcie zyskało dodatkowo ogromny pedagogiczny aspekt, pozwoliło nam scalić wszystkich wolontariuszy w jedną wielka rodzinę, gdyż jak wiadomo, nic tak nie zbliża, jak wspólna ciężka praca.







Punkt trzeci – w tym przypadku modernizacja, to może zbyt duże słowo. Poprawiliśmy je tylko trochę - rok temu, w wyniku braku czasu, boksy, które powstały, zbudowane były tylko na zasadzie wstawionych słupów, połączonych czterema poziomymi żerdziami. Zamykane na dwie poziome żerdki zakładane na pętle ze sznurka. W wyniku braku pełnych ścian konie często podkradały sobie wiaderka z paszą, czasem starały się ugryźć sąsiada. Tutaj plan poprawy był prosty - zapełnić dolną część ściany, zagęścić górną i dorobić drzwi, jednak „swoje” przy pile stołowej należało „odstać” i odstukać młotkiem kilkanaście długich dni remontowych. Plan został zrealizowany całościowo, a zimą modernizacja pokazała, jak bardzo dobrze spełnia swoje zadanie.


Punkt czwarty – zielona trawa potrafi być dla koni wystarczającym magnesem, by „konkretnie” zdewastować słabszej jakości ogrodzenia, a zimą okazuje się, że śnieg za ogrodzeniem jest po prostu smaczniejszy, a ludzie niech sobie naprawiają. Remonty ogrodzeń zaplanowaliśmy latem, kiedy większość koni pasła się na łąkach poza Schroniskiem. Zakładając, że nie wyrobimy się z czasem, nie stawialiśmy nowych ogrodzeń - skupiliśmy się na odremontowaniu tych, które już istniały i poprawieniu zeszłorocznych błędów w ich budowie. W tym miejscu trzeba wyjaśnić, że w trakcie przeprowadzki, większość tarowych specjalistów od budowy ogrodzeń rozbierała i przewoziła pozostałości Tary w Nieszkowicach, a ogrodzenie w Piskorzynie było budowane przez chętnych, pełnych zapału, ale, niestety, niedoświadczonych wolontariuszy.


Punkt piąty - prawdę mówiąc, dachy w Piskorzynie prezentowały się o wiele lepiej niż w Nieszkowicach, jednak niepoprawiane, nieremontowane przez kilkanaście lub kilkadzieścia lat, regularnie niszczone przez warunki atmosferyczne, były w fatalnym stanie. Część z nich można było połatać „gospodarczą” metodą, samodzielnie, część, niestety, nadawała się tylko do generalnego remontu. Z powodu podjętych wcześniej przedsięwzięć nie byliśmy już w stanie wynająć firmy, która zajęłaby się tym zakresem prac remontowych. Postawiliśmy więc na ich zabezpieczenie, załatanie dziur gdzie to tylko możliwe i oczekiwanie na przyszły rok w nadziei, że będzie lepszy finansowo niż rok 2008. Zabezpieczenia wykonywaliśmy własnoręcznie, popodpieraliśmy spróchniałe belki, ponaklejaliśmy na widoczne dziury łaty z papy, tam, gdzie ubytki były zbyt duże, położyliśmy blachę dachową, którą używaliśmy w Nieszkowicach. Nie wyglądało to zbyt pięknie, przypominało „kurną chatę”, ale ciekło mniej niż wcześniej. Dachy wymagały remontu i zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to poważne wyzwanie finansowe.




Punkt szósty - w odległości około 10 metrów od Schroniska przebiega bardzo ruchliwa droga krajowa z Wrocławia w kierunku na Poznań. Można powiedzieć, że prawie graniczy z padokami stajni Suskiej. Drewniane ogrodzenie nie dawało odpowiedniego bezpieczeństwa - co innego, gdy konie uciekając pójdą w las, a co innego droga ze sznurem pędzących samochodów, z których żaden nie przestrzega ograniczenia prędkości. Długo zastanawialiśmy się jakie ogrodzenie postawić. Padały propozycje: litego drewnianego, zwykłego pastwiskowego z rur stalowych, jednak jedną z tańszych opcji okazało się brzydkie, ale skuteczne ogrodzenie betonowe. W tym celu wynajęliśmy firmę i, od Stodoły, wzdłuż drogi, do stawu, powstał długi pas ogrodzenia. Niestety, nie była to mała inwestycja, ale na jej korzyść przemawiała jej żywotność.


Punkt siódmy – w roku przeprowadzkowym 2007 wolontariusze nocowali zazwyczaj w Pałacu, którego świetność już dawno przebrzmiała i wewnątrz przypominał raczej starą śmierdzącą ruderę. Jego atutem było jednak to, iż po przybyciu do Piskorzyny wyystarczyło wynająć zduna, który wyremontował kilka pieców kaflowych, i zimą można było ogrzać gdzieś zmarznięte ciało. Na okres letni przygotowaliśmy w budynku obok Pałacu tzw. Młodzieżówkę – dużą świetlicę gdzie po obu stronach z płyt wiórowych i żerdzi powstały dwie duże prycze. Została tez przygotowana prowizoryczna kuchnia w pomieszczeniu obok. Wszak nasi kochani wolontariusze muszą tez jeść! Za toaletę służyła wykopana latryna, pieszczotliwie przez Nich nazywana „Tatry”, prysznic był niczym innym, jak zbudowaną konstrukcją żerdziową, podtrzymującą 1000-litrowy baniak pomalowany na brązowo, nagrzewany słońcem. Temperatura wody kąpielowej zależała od aury. Prysznic wyposażony w udogodnienia, takie jak zakryta kabina kąpielowa, półka na mydło i wieszak - to i tak dużo, w porównaniu z wcześniejszą możliwością kąpieli tylko pod zimną wodą z węża...


Zakańczając ten rok, nie można nie wspomnieć o tym, że powstało jeszcze na terenie naszego ośrodka kilka małych padoków dla koni, odremontowane zostało pomieszczenie dla kóz i królików oraz zaadaptowane zostało pomieszczenie dla krów. Wyplewiony z samosiejek został kawałek parku, który w przyszłości posłuzy za kolejny padok.